Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
!!!Potter na wesoło!!!


music player

Strona Główna


Zobacz wpisy

Twoja opinia


Jesteś tu 8681 Potteromaniakiem





Lista mejlingowa!
Potter na Wesoło=)

Twój email



dowiedz się więcej >> 

Skomentowało 3 Potteromaniaków

Kosmiczny mecz czyli potterowskie sny na jawie cz.I

Mecz się rozpoczął.
Gwizdek przesądzał wszystko. Zawodnicy chwycili się mocno swoich parasolek i
Ledwo odbili się od ziemi już powietrze przeorała cała chmara... pomidorów.
Widocznie większość zgromadzonego na trybunach ludu nie lubiła meczów Quidditcha – w sumie nie ma się co dziwić, w końcu był to i tak przekupiony za paczkę Groszków Biednego Buta mecz Gryffindoru przeciwko Hufflepuffowi!
Harry i kilkoro innych uczestników oberwało z soczystego, czerwonego owocu, ale chyba on jedyny prosto w twarz....
Omamiony, oszołomiony, nie bardzo wiedzący co się dzieje, gnał na swojej parasolce przed siebie, gdy uderzył w jakieś ciepłe zwłoki.
Zrzucił resztki pomidora. Przez zamazane okulary spostrzegł... przyduszonego do krzesła Neville’a! Jak się okazało zarył w niego swoim Pierdusem 4.50. Z krótkim:
- Sorka.
Zawrócił z powrotem na środek stadionu.
- I oto zaczęło się! Zawodnicy grają jak porażeni piorunem! – darł się przez mikrofon Lee Jordan: coroczny komentator Quidditcha. - O kurde, zaczęło padać... Chyba powinienem zatrudnić się w „pogodzie”.
I rzeczywiście. Deszcz lał się z ciemnego nieba strumieniami. Towarzyszyły mu okropne błyskawice, rozjaśniając błonia i okolice...
Bum!
Piorun przeciął szary, ponury krajobraz na dwie części.
- Mam nadzieję, że Zakazany Las znowu się nie zapali!
Tymczasem na trybunach miały miejsce incydenty, nigdy wcześniej nie spotykane. Zresztą tutaj.
Dobra. Tłum, choć do tej pory nie mógł się nadziwić, jakoś przeżył nadejście dużego, czarnego psa, który zajął aż dwa krzesła w pierwszym rzędzie, leżąc w poprzek. Swoje emocje wyrażał albo warczeniem, albo wyciem, albo – co było najrzadsze – wesołym merdaniem ogona. Jednak TO, to już był szczyt wszystkiego!
Hermiona i Ron z zaciekawieniem obserwowali wybryki swojego kumpla (który chyba nie mógł zajarzyć co się wokół niego dzieje, bo latał tu i tam bez żadnego celu, niczym jakiś włóczęga poszukujący wczorajszego dnia), gdy ktoś zaczął się przed nimi przepychać. Z krótkim:
- Przepraszam, przepraszam – pchał się dalej na chama, rozsypując wkoło popcorn.
Jak się okazało, była to wysoka, straszliwa postać odziana w postrzępioną, czarną pelerynę (albo zarąbaną z jakiegoś śmietnika, albo kupioną na allegro z myślą, że to garnitur na ważne okazje...). Za nią szło kilka podobnych, a wokół każdego unosiła się paskudna, ostra woń… taniej, ruskiej wódki.
Chlejmentorzy.
Każdy z nich dzierżył coś w obślizgłych dłoniach. Ten na przedzie wielkie pudełko popcornu, ten za nim... sześciopak piwa, jeszcze inny zwinięty transparent, a jeszcze inny kamerę wideo, flagę, flaszę, papieroska.... i wiele innych, mistycznych przedmiotów.
Przybysze zasiedli sobie wygodnie na wolnych krzesłach - od razu zrobiło się więcej miejsca, bo uczniowie w popłochu uciekli z miejsca zbrodni. Zapewne zdali sobie sprawę z tego, iż ci należą do tych, co tłuką się na meczach w obronie honoru ulubionej drużyny... gdy przegra.
Rozwinęli transparenty. Jak się okazało, kibicowali Gryffindorowi.
- Dawać czadu! – darli się ci, co trzymali drążki.
Natomiast kilkoro osobników z bandy żarło lub rzucało jedzeniem przez barierki marudząc przy tym:
- Mecz do bani! Sędzia kalosz!
Uczniowie nie mogli uwierzyć własnym oczom, kiedy wielki nauczyciel, Hagrid zasiadł sobie wygodnie między zakapturzonymi „bandziorami”. Ci, o zgrozo! poczęstowali go nawet swoimi niebanalnymi zapasami…

Harry nudził się na boisku. Latał, podpierając głowę na rękach. W pewnej chwili przysnęło mu się. Śniło mu się, że wciąż jest na boisku. Leciał (what?) na miotle.... Dziwne, pomyślał. Ciocia Petunia to miotły używała do bicia mnie bo makówce…
Był jednym z ścigających. Z tego co zauważył, szkole jak zawsze zabrakło funduszów na kafle (wszystko poszło na supernowoczesny pociąg) więc zawodnicy sami musieli przelatywać przez obręcze, by zdobyć punkt.
A bramkarze? Walili z pałek bejsbolowych, więc trzeba się było spieszyć!
Podniósł powieki.
Przed nim znikąd wyrosły trzy słupki przeciwnika. Myślał tylko o jednym: lot przez sam środek!
Z szalonym błyskiem w oczach, rad, iż nikt mu nie przeszkadza, pognał prędko przed siebie, przyspieszając parasolkę do granic możliwości. Nie zważał na deszcz i burzę! Liczy się gra!
Musi to zrobić! Musi! MUSI ZDOBYĆ PUNKT DLA DRUŻYNY!
Zdezorientowany Cedrik Diggory, szukający drużyny Hufflepuffu z myślą, iż jego przeciwnik pierwszy spostrzegł znicza, ruszył za nim w pościg.
Zahamował w ostatniej chwili.
Tymczasem chlejmentorzy, przekrzykując tłum wrzeszczeli:
- Potter! Na łeb ci padło?
Ale Harry nie słuchał nikogo. W uszach mu dudniło, kiedy przelatywał przez jedną z bramek. Nagle poczuł gwałtowne szarpnięcie i zatrzymał się w miejscu. Mało brakowało, a zleciałby.
To parasol się otworzył, utykając w ramie!
- Gol dla Gryffi.... E... To tylko Harry – zawył Lee Jordan.
- Dalej, Harry! – darły się chlejmentory, wywijając transparentami z napisem „Harry wymiataj! Pożyczymy ci miotłę!”.
Kiedy Harry wygramolił się z obręczy poleciał w przeciwnym kierunku. Jeszcze przez dość długą chwilę nie mógł pojąć co się stało.
- Harry! Złap znicza! Założyłem się o pół dolara! – zawołał Percy z trybun, obejmując swoją dziewczynę.
- Wymiataj! Wymiataj!
- Dawaj czadu!
Pies tylko sapnął znudzony.
- Do bani z takimi zawodnikami... – mruknął cicho, machając łapą.
- Przepraszam, przepraszam – jedna z zakapturzonych postaci zmierzała ku wyjściu z sektora, tym samym przysłaniając swym cielskiem obraz pozostałym obserwatorom.
- Gdzie z tym ryjem! – ryknął na nią Draco, kiedy go mijała. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że ta ma mordę pod kapturem....
Postać stanęła przed nim, prawdopodobnie łypiąc spode łba.
- Zapewniam cię, iż nie chciałbyś go zobaczyć – warknęła mrożącym krew w żyłach głosem.
Powiedziała i już szła dalej. Oczywiście wiązało się to z dalszymi, krytycznymi uwagami...
- Weź tę dupę!
- Gdzie się ładujesz!
- Spieprzaj dziadu!
- Lej w portki, ziomal!
Oczywiście za każdym razem coś dogadywała....
Tymczasem reszta jego kompanów zrobiła sobie popijawę, podnosząc za kogoś toasty....
To za Hogwart, to za Dumbledore’a, za Quidditcha, za Harry’ego, za tłuczek, za wódkę....
- I za siebie! – ryknął jeden z nich.
Koledzy wzięli to dosłownie i rzucili kieliszkami... przez ramię!
Niektóre poleciały za barierki, prosto na boisko.
Jakiś Puchon oberwał i niczym zestrzelony myśliwiec począł spadać, okręcając się wokół własnej osi z charakterystycznym dymkiem ciągnącym się za ogonem parasolki...


Oto obiecany dłuższy fragment przygód naszego bliznowatego chłoptasia. Byłby tydzień wcześniej, gdyby nie moje problemy techniczne z oprogramowaniem antywirusowym i idącym za nimi odłączeniem kabla od neta . Doceńcie więc moje poświęcenie pięknymi opiniami, bowiem w następnym odcinku poznacie nieprzewidywany wypadek na stadionie (nie no, serio?) oraz egoizm Harry'ego, który do tej pory nie był świadkiem morderczej mocy Bierzby Pijącej. Ciao!

Loretta&Sindy 14/07/2009 22:17:32 [komentarzy 3] Komentuj

Skomentowało 8 Potteromaniaków

Neville i przygody papieru toaletowego

Kilka dni później profesor Lupin zjawił się w swojej pracy. Ledwo wystawił nos poza swój gabinet to już został zaatakowany przez zgraję uczniów Gryffindoru, gdzie na czele stał Potter. Harry Potter.
- O co chodzi? – zapytał, udając mile zdziwionego. Tak naprawdę z chęcią uciekłby na Karaiby i pobawił się ze świnką w piratów...
Gapił się to na jedną osobę, to na drugą. Właśnie stali na korytarzu. Po chwili żałował, ze o to zapytał. Dzieciaki zaczęły się nawzajem przekrzykiwać.
- Snape kazał nam napisać wypracowanie na temat wilkołaków!
- My nie powinniśmy tego przerabiać!
- Snape pokazał nam zdjęcia swojej mamusi!
- Snape kazał nam napisać zdanie „dwie rolki papieru toaletowego”!
- On macał pańską świnkę morską!
- W łazience nie ma papieru!
Wszyscy spojrzeli na Neville’a, który miał na wpół ściągnięte spodnie.
- No co? Czym mam się wytrzeć? Chyba nie ręką?!
- SPOKÓJ!
Dzieciarnia automatycznie się uspokoiła. Lupin odchrząknął głośno, by za chwilę rzec:
- Wiem już o zadaniu. Pogadam z tą bladą twarzą na temat zadania, jakie kazał wam wykonać. O nic się nie martwcie. PS Jego matka jest strasznie gruba, nie? I pomyśleć, że kiedyś grała w drużynie Quidditcha....A ty, Neville idź do pielęgniarki, a nie mnie tu dręczysz. Czy ja jestem babcią klozetową?
Kiedy skończył gadkę, kazał im się wynosić. Wszyscy odeszli: wszyscy, prócz Harry’ego. Stojąc niczym bohater, wyprostowany, z wysoko uniesioną głową zaczął:
- Ale nie wie pan o jednym!
Lupin, o całkiem innej postawie niż on (skrzyżowane ręce, krytyczna mina i... ulizane w niewielkiego irokeza włosy!) uniósł wysoko brwi.
- Snape dobiera się do pana dzie.... to znaczy do pana praktykantki. Wykradł jej zdjęcie i umieścił w projektorze. Mam głupie wrażenie, że on jest o nią zazdrosny...
- Sam do tego doszedłeś?
Harry’ego zdumiały te słowa. Co miał przez to rozumieć? Obrazę czy pochwałę? Jeżeli obraza: jak śmie! Przecież on jest tym wybrańcem! Jest chłopcem nad chłopcami! Nikt nie ma prawa...
- Nie rozumiem – wyznał po chwili, wciąż staczając walkę ze swoimi myślami.
Nauczyciel westchnął zniecierpliwiony.
- Jesteś trzecią osobą, która mi o tym mówi. Ta historia z projektorem robi się już nudna – wytłumaczył obojętnie.
Harry wściekł się.
- Kto śmiał przede mną poinformować pana o tym incydencie! – ryknął, plując śliną. Wytarł sobie twarz rękawem. – Kto śmiał? Co za kretyn.... Tylko go dopadnę...
- Tak się składa, że powiedzieli mi o tym twoi przyjaciele... Ron i Hermiona...
Zatkało gościa. Ale nie na długo...
- Proszę pana.... A czy ta Sabrina to... na serio... – zaczął dukać.
- Moja dziewczyna? – dokończył za niego Lupin, gapiąc się na obraz po swojej lewej stronie. Przedstawiał dwie słodkie zebry, pijące wodę z wodopoju. Były bardziej interesujące niż ten pokryty bliznami cwaniak...
Harry pokiwał głową, niewiele się przejmując tym, co obserwuje.
- Można tak powiedzieć, choć nie do końca... Jednakże nie sądziłem, że ten blady łeb będzie się do niej dobierał. Wiem, jest ładna, ale to już lekka przesada... Tylko go dopadnę...
Zacisnął pięści.
Natomiast nasz bohater wpadł w pewne uniesienie zwane ekstazą. Wzniósł do góry ręce i zawył:
- Dołoży mu pan? Obije dupsko? Ogoli tłuste kłaki? Jeżeli tak, mam piłę mechaniczną: mogę użyczyć! Kurczę! Ale będzie jatka!
Nauczyciel i zebry z obrazu gapili się na niego jak na psychola, który świeżo nawiał ze zakładu. Jego zachowanie nie mogło wróżyć niczego dobrego...
- Harry? Czy ty się gdzieś przypadkiem nie uderzyłeś?

Mecz Quidditcha zbliżał się ogromnymi krokami. Nawet skokami... Do rozpoczęcia zostało zaledwie pół godziny!
Harry wraz z innymi członkami swojej drużyny zmierzał na stadion. Na jednym z korytarzy spotkał swojego nowego kolegę: a mianowicie Malfoya!
Nasz kochany Draco przybił z nim piątaka, po czym obserwując uważnie jego strój rzekł:
- Zaraz mecz, prawda?
- No... Mieliśmy grać z wami... A dlaczego nie gramy? – zapytał nasz pewny siebie bohater.
Draco wzruszył ramionami.
- Sam nie wiem. Wszyscy gadają, że dlatego, iż rzekomo coś mi się stało w rękę. Ale... co?
Podniósł rękaw swojej bluzy. Jak byk rzucała się w oczy okropna, długa blizna - ślad po wypadku z hipogryfem.
- A dlaczego ty nie masz parasolki? Nauczyłeś się lewitować?
Harry dopiero teraz zrozumiał treść zdania. Przeszukał kieszenie spodni, po chwili dobrał się do kamizelki i koszulki w prążki...
- Kurczę... mógłbym przysiądź że ją ze sobą brałem... –mruknął sam do siebie, wciąż penetrując ubranie.
- A nie zostawiłeś jej w dormitorium? Leć sprawdzić! Ja tu na ciebie zaczekam! – polecił jego tęczowy (chodzi o włosy!) kolega.

Po przekopaniu pokoju łopatą, po przeszukaniu go za pomocą wykrywacza metali, kompasu i psa policyjnego, wytresowanego na zapach narkotyków nasz bohater znalazł wreszcie swoją cenną rzecz: Pierdusa 4.50! Nigdy by nie przypuszczał, iż zostawił go w łazience, tuż obok kibla... ktoś już nawet zdążył powiesić na nim rolkę papieru!
Oczywiście obok drzwi frontowych czekał Draco. Widocznie nauczył się dotrzymywać słowa. A trzeba przyznać, że dobry się zrobił z niego kolega...


Sorry za nieobecność, ale ostatnimi czasy jakoś nikt nie kwapił się komentować... Dopiero komentarz jednej panny zmotywował mnie, by dodać rozdział (Sindy nadal ni ma neta). Dlaczego rozdział taki krótki? Bo drugi jest długi, a nie można go robić na mniejsze części. A więc: bye!


Loretta&Sindy 3/05/2009 11:09:48 [komentarzy 8] Komentuj







2009
Lipiec
Maj
Luty
Styczeń
2008
Listopad
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty












Wisior Ostatnich Smoków - opowieść Loretty
Powkurzaj chomika i sąsiadów XD
Lubisz Anime? Kliknij
DeviantArt - strona której nie trzeba przedstawiać
//jakby co Sindy póki co nie ma żadnego bloga, prócz tego//
Loretta w DeviantArt
Salidor
Alitsea


Szablon nieco podrasowany przez właścicielkę bloga

Szablon zrobiłpatryk41

powered by:blog4u

Zdjęcie z deviantart.com